Strona główna Dodaj do ulubionych Napisz do nas
O nas|Aktualności|Galeria|Dziennik wypraw|Kontakt
   
Gerlach w zimie - czemu nie :)

 Gerlach - ma coś w sobie, ciągle nas do siebie przyciągał. W końcu nie ma tam komercyjnych tras, więc - tylko dla zapaleńców:D. Tym razem Marek jest inicjatorem, wynalazł wyjście organizowane przez Bielski Klub Turystyki Wysokogórskiej, no i zdecydowaliśmy się. Tym razem Symon wymiękł - a na serio, to czekał na swoją drugą latorośl (przy okazji - GRATULACJE!).Było naprawde pięknie, doskonale przygotowane przez profesjonalnych w każdym calu vodców Słowackich.

Na początek musi być pomysł – tym razem wykazał się Borówa. Podpinamy się pod wyjście zorganizowane przez Klub Turystyki Wysokogórskiej z Bielska.

Wyruszamy w sobotę wieczorem na Słowację, żeby się choć trochę wyspać przed wejściem. Rano trzeba wcześnie wstać a dodatkowo akurat dzisiaj wypada zmiana czasu. Wieczorkiem mamy się spotkać w naszym lokum. Borówa jedzie z Czechowic z Piotrkiem i Pawłem (w sumie wyszła nam wyprawa apostolska ;) no i ja z Krakowa. Dla lepszego poznania trasy na Słowację postanawiam wieczorkiem raz jeszcze przejechać się do domu i wrócić - zdążam. Przy okazji zabieram buty, których wcześniej celowo nie zabrałem :D.

Z rana szybkie śniadanie, herbatka w termos i w drogę. Umówieni jesteśmy z przewodnikami na parkingu – są, już czekają. Przesiadamy się do ich terenówki i jazda do Śląskiego Domu. Poznajemy naszych przewodników/vodców – równe chłopaki w okolicach pięćdziesiątki znający te skały jak własną kieszeń. Jeden z nich jest tutejszym GOPRowcem, bywałym wszędzie gdzie są góry, drugi niegdysiejszy reprezentant Czechosłowacji we wspinaczce – szacunek!

Start w pięknej pogodzie po zmarzniętym śniegu na Tatrzańskiej Magistrali. Dobre rozgrzanie mięśni przed tym, ‘co nas czeka’:). Dochodzimy do Batyżowieckiego stawu jeszcze porządnie zamarzniętego – można spokojnie przejść. Zaraz za nim świeży ślad po lawinie na naszej trasie – kilka bardzo ciepłych ostatnich dni i woda podmywająca od spodu nadwerężyło pokłady śniegu. Dochodzimy do pierwszej stromizny i zatrzymujemy się, by założyć ekwipunek – raki, kaski, uprząż. Ale jeszcze kawałek można podejść bez asekuracji. Nadal jest pięknie – jednak widzimy szczyty tonące w chmurach.

Nasi o 20 lat starsi koledzy narzucają porządne tempo. Ale jestem twardy – czuję moje biurowe krzesełko wychodzi teraz ze mnie – dobrze mi tak. Ale oczywiście dam radę. Zawsze daję radę!

Dochodzimy do skał i zaczyna się większa stromizna (Batyżowiecki Żleb) – przewodnicy zatrzymują się by rozpocząć asekurację. Wiążemy się po trzech liną, przewodnik pierwszy. Zaczyna się prawdziwa asekuracja czekanem, kijki poczekają na nas pod skałą – tu już się nie przydadzą na i tłumy trochę mniejsze niż na Krupówkach ;)

Wspinaczka dość wymagająca – dla mnie dodatkowo ze względu na narzucone tempo – ale trudność samej trasy nie jest nadmierna. Myślę, że zdobycie Rysów od Polskiej strony jest porównywalne – w Polsce jest jednak szlak którego tutaj brak. Powagi naszemu wyjściu dodaje informacja od Przewodników, że to ich pierwsze wyjście tej zimy na Gerlach. Dwa dni wcześniej dwoje Węgrów wybrało się samotnie tą trasą – on nie żyje, ona walczy w szpitalu.

Podobnie jak często podczas nowych dla mnie tras kiedy myślę ile to jeszcze okazuje się, że właściwie już jesteśmy. Pogoda się zmieniła, a właściwie tylko weszliśmy w chmury. Może to dobrze, słońce na dole mimo wczesnej pory zaczynało dawać się we znaki. Dochodząc do szczytu wchodzimy w zlodowaciały śnieg – szreń. Przybrał on niesamowite formy które nawet dla naszych vodców są czymś, czego jeszcze nie widzieli w takiej skali. Jest niesamowicie – wszystko dookoła jest pokryte wykwitami kilku-kilkudziesięciocentymetrowymi zlodowaceń. Są to jakby misternie rzeźbione delikatne patyczki lodowe ‘rosnące’ poziomo na wszystkim (zdjęcia – galeria). Jest PIĘKNIE!

Na szczycie sesja zdjęciowa :) oraz zasłużone jedzenie. Niektórzy wiedzą jak smakuje w takich warunkach kubek gorącej herbaty – raczymy się tym rarytasem.

Potem – zejście. Jesteśmy związani we czterech a przewodnicy asekurują nas na 200 metrowej linie. Jako, że mam już kilka zimowych ‘wycieczek’ za sobą zejście jest trywialne. Jednak musimy się dostosować do grupy – koledzy wykazują pewne obawy schodząc po tej dużej stromiźnie. Nie ma się co dziwić – Paweł po raz pierwszy chodzi zimą po Tatrach.

Po zejściu na ‘niziny’ znowu słońce które niestety po wielu godzinach świecenia rozmiękczyło śnieg. Droga powrotna magistralą nie należy do przyjemności. Permanentnie zapadamy się w śnieg po kolana, uda a nawet pas. Jest ciężko i wykańcza to bardziej niż zdobycie Gerlach. Pozostaje jeszcze wypicie zimnego piwa w schronisku (trzeba na nie czekać 15 minut – bo się pieni!) no i powrót do samochodów.

Pięknie było, kto nie był niech żałuje. Świetnie przygotowani przewodnicy, rewelacyjna pogoda, pustka i piękno gór w całej krasie. Będziemy wracać – na pewno.

Dodaj komentarz
TAK
781
NIE
739
Czy ten artykuł był dla Ciebie ciekawy?
Aby oddać głos, kliknij na rączkę
Aktualnie brak komentarzy!
GADABOUT.PL
projekt i wykonanie m3.net

Ta strona używa plików cookies. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Zamknij